Trzeba przyklasnąć lokalnym samorządowcom i akademikom, którzy chcą w Płocku uniwersytetu. Brawo za ambicje, które są na przeciwnym biegunie, niż na przykład aspiracje pewnego koncernu wobec sponsorowanego przez ów koncern zespołu kopaczy nożnych. Na świecie uniwersytety i to te najsłynniejsze mieszczą się nawet w dziesięciokrotnie mniejszych od Płocka miastach. Na przykład w takim Princeton.
O właśnie! Princeton (niegdyś Prince-Town, od prince – książe, town – miasto) ma wiele wspólnego z miastem książęcym Płock. Chociażby leży w podobnej odległości od najbliższych metropolii (Warszawa, Łódź - Nowy Jork, Filadelfia). Ale w kwestii uniwersytetu jesteśmy 250 lat za tą amerykańską osadą. Wierzę jednak, jak samorządowcy z akademikami, że da się to nadrobić w 20 lat. I kiedyś, tak jak w przeszłości w Princeton, będziemy spotykać na Tumach współczesnych nam Einsteinów.
Tylko jak tu ściągnąć autorytety, gdy dziwnym trafem na miasto książęce Płock się dotąd wypinają, wybierając np. taki Pułtusk? Podczas kilkukrotnych płockich pięciu minut w rządzie i Sejmie, niektórzy dowiedzieli się, że w kwestii uniwersytetów, poza Libią, Kubą i Koreą, obowiązują ponadnarodowe wymogi i sama przychylność ministra nic nie wskóra. Nie pomogło też zatrudnianie znajomych i pociotków królika, czy nauczycieli, na których studenci piszą donosy. Do Pułtuska dojeżdża się ze stolicy w godzinę. Może sytuacja w Płocku poprawi się po otwarciu dojazdów do nowego (w sumie starego już) mostu i budowie tramwaju do stolicy? A jest taki pomysł. Dwadzieścia lat z pewnością starczy.
Rafał Wereszczaka
Express Płocki, 13 października 2009 r.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz